Estimated reading time: 12 minut Referendum zaplanowane na 24 maja w Krakowie to nie tylko sprawa prezydenta Aleksandra Miszalskiego. To lustro, w którym każde polskie miasto może zobaczyć własne słabości. W Oświęcimiu obraz jest niepokojąco wyraźny. Plakaty dotyczące referendum w Krakowie – Aleksander Miszalski – prezydent Krakowa W niedzielę, 24 maja, mieszkańcy Krakowa zdecydują, czy Aleksander Miszalski ma dalej rządzić miastem. Aby referendum o jego odwołanie było ważne, do urn musi przyjść ponad 158 tysięcy krakowian — ponad jedna trzecia uprawnionych. Najnowszy sondaż wskazuje na frekwencję między 27 a 33 procentami. Jeśli te liczby się potwierdzą, Miszalski przetrwa — nie dzięki zaufaniu, lecz dzięki bierności swoich wyborców. To pyrrusowe zwycięstwo. I przestroga dla każdego polskiego samorządu, który uznał wyborczy sukces za spokój na całą kadencję. Skąd wzięło się referendum w najbogatszym mieście Małopolski? To pytanie, które pada najczęściej. Kraków jest dziś miastem o zarobkach zbliżonych do Warszawy, najszybciej rozwijającą się metropolią w Małopolsce, hubem technologicznym i akademickim z kilkuset tysiącami studentów. Miasto przyciąga inwestycje i turystów. Dlaczego w takim miejscu w ciągu miesiąca zebrało się ponad 134 tysiące podpisów pod wnioskiem o odwołanie prezydenta? Odpowiedź nie leży w statystykach PKB — leży w codziennych decyzjach władzy, które dotknęły mieszkańców bezpośrednio i boleśnie. Inicjatorzy referendum, skupieni wokół przewodniczącego rady dzielnicy Stare Miasto Jana Hoffmana, od początku podkreślali, że akcja nie ma charakteru partyjnego. Nie walczyli z rządem — walczyli z konkretnym człowiekiem i z konkretnymi decyzjami. „Nie jest naszym celem walka z rządem Donalda Tuska ani jakimkolwiek innym rządem. To akcja sprzeciwu wobec Aleksandra Miszalskiego i kompletnie zwasalizowanej przez niego Rady Miasta Krakowa.”— Jan Hoffman, inicjator referendum, styczeń 2026 Plakaty dotyczące referendum w Krakowie Pięć zarzutów, które zmobilizowały miasto 1. Strefa Czystego Transportu. SCT weszła w życie 1 stycznia 2026 roku i objęła około 60 procent powierzchni Krakowa. Kierowcy starszych samochodów musieli płacić za wjazd — w tym pacjenci, dostawcy i pracownicy z gmin ościennych. Przepisy były biurokratycznie skomplikowane i pełne luk. Sam Miszalski na dwa tygodnie przed referendum przyznał publicznie: SCT była błędem. Zapowiedział „Wielką Korektę” i zdymisjonował dyrektora Zarządu Transportu Publicznego. Dla wielu mieszkańców ta korekta — ogłoszona dopiero w obliczu referendum — była zbyt późna i zbyt kalkulacyjna. 2. Podwyżki i rozszerzenie płatnego parkowania. Miasto wydłużyło godziny płatnego parkowania i przez pewien czas pobierało opłaty za parkowanie w niedziele. Dla tysięcy krakowian walczących codziennie o miejsce postojowe był to cios odczuwalny natychmiast. 3. Zadłużenie i brak rozliczenia poprzednika. Inicjatorzy referendum wskazywali na rosnące zobowiązania finansowe przejęte po wieloletnim prezydencie Jacku Majchrowskim oraz na brak rzetelnego audytu po objęciu władzy. Miszalski nie rozliczył przeszłości — po prostu ją odziedziczył. 4. Kolesiostwo i styl zarządzania. Środowiska miejskie zarzucały prezydentowi obsadzanie spółek miejskich lojalistami i nieprzejrzyste decyzje personalne. Miszalski w ostatnich tygodniach sam zlikwidował premie dla zarządów spółek i obniżył wynagrodzenia rad nadzorczych — co przyjęto jako pośrednie przyznanie racji krytykom. 5. Niespełnione obietnice wyborcze. Miszalski wygrał w 2024 roku z programem aktywnego zarządzania i dialogu z mieszkańcami. Część wyborców uznała, że w ciągu dwóch lat nie dotrzymał słowa, a wielokrotne zwroty i korekty polityki wzmacniały wizerunek włodarza, który nie wie, dokąd idzie. Miszalski sam na placu boju Koalicja Obywatelska zachowała się w tej batalii jak zimny strateg. Premier Donald Tusk odniósł się do referendum publicznie dokładnie raz — w lutym — po czym centrala milcząco wycofała się z krakowskiego frontu. Miszalski prowadził kampanię referendalną praktycznie własnymi siłami. Ani rząd, ani prezydenci innych polskich miast nie ruszyli mu na ratunek. Strategia jest zrozumiała. W ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej Rafał Trzaskowski został sklejony z problemami rządu — i zapłacił za to wynikiem. Centrala nie chciała powtórzyć tego błędu. Ale jej konsekwencja jest brutalna: wybrany z poparciem KO, w chwili próby — pozostawiony sam sobie. Niezależnie od wyniku jutrzejszego głosowania, krakowska prezydentura wychodzi z tej walki nadszarpnięta. A precedens, który się rodzi — że referendum można zorganizować sprawnie, tanio i w dwa lata po wyborach — będzie pamiętany przez opozycję w całej Polsce na długo przed 2029 rokiem. Plakaty dotyczące referendum w Krakowie A Oświęcim? Chwierut, 54,62% i malejąca większość W wyborach samorządowych 2024 roku Janusz Chwierut wygrał w Oświęcimiu już w pierwszej turze, uzyskując dokładnie 54,62 procent głosów (7 449 głosów) — komfortowy wynik wobec drugiego w kolejności kandydata PiS Jakuba Przewoźnika z 25,93 procentami. Chwierut rządzi miastem od 2011 roku, zawsze z wyraźną większością. Ale wynik ma drugie dno: w 2018 roku zdobył 68,99 procent głosów. Sześć lat później — o ponad 14 punktów procentowych mniej. Bezpieczna większość istnieje — i kurczy się. Miasto, z którego się wyjeżdża W 1984 roku Oświęcim liczył 45 678 mieszkańców. Na koniec 2024 roku — 34 170. W ciągu całego 2024 roku urodziło się tu 194 dzieci, a zmarło 479 osób. W ogólnopolskim rankingu miast powiatowych Oświęcim zajął 49. miejsce pod względem tempa wyludniania w latach 2009–2024, tracąc ponad 12 procent mieszkańców. Zjawisko ma dwa oblicza. Pierwsze to odpływ do Krakowa i innych ośrodków, gdzie zarobki są wyższe, a rynek pracy bardziej zróżnicowany. Drugie — ucieczka za miedzę: do gminy wiejskiej Oświęcim, gdzie liczba mieszkańców od lat rośnie. Bezrobocie według marcowych danych PUP Oświęcim sięga już 6,1 procent — wyraźnie powyżej małopolskiej średniej i wyraźnie więcej niż jeszcze rok temu. Przeciętna płaca to blisko 87 procent średniej krajowej: nie jest źle, ale wystarczająco mało, żeby 28-latek z dyplomem wybrał Kraków. Lodowisko za 100 milionów: symbol czy substytut polityki? Prezydent Chwierut postawił na wielką inwestycję sportową — przebudowę i rozbudowę hali lodowej, największą w historii oświęcimskiego samorządu. Pierwszy etap kosztuje około 100 milionów złotych. Miasto pozyskało ponad 37,6 miliona rządowego wsparcia z Ministerstwa Sportu; resztę domknie kredytem. Termin oddania nowej hali: połowa 2028 roku. Inwestycja jest merytorycznie uzasadniona — hokejowa tradycja Oświęcimia jest autentyczna i warta pielęgnowania. Ale warto postawić pytanie uczciwie: czy imponujący kompleks sportowy zatrzyma młodego człowieka rozważającego przeprowadzkę do Krakowa? Łódź od lat realizuje program „Młodzi w Łodzi” ze stażami i stypendiami — i wciąż traci mieszkańców, tyle że wolniej. Bytom stracił 24 procent ludności w trzy dekady, Wałbrzych — 18 procent. Oświęcim może uniknąć ich losu, ale tylko wtedy, gdy beton lodowiska uzupełni realna polityka rynku pracy i oferta dla młodych rodzin. Krakowskie referendum dostarcza tu dodatkowej lekcji. Mieszkańcy jednego z najbogatszych polskich miast zbuntowali się nie dlatego, że Kraków się nie rozwija — bo się rozwija dynamicznie. Zbuntowali się, bo poczuli, że codzienne decyzje władzy uderzają w ich portfele i jakość życia. W Oświęcimiu skala jest inna, ale mechanizm identyczny: wielka inwestycja infrastrukturalna nie zastąpi rozmowy o tym, ile kosztuje życie w tym mieście i dlaczego moi rówieśnicy wyjechali. Struktury KO: solidne, ale starzejące się Koalicja Obywatelska zachowuje w Oświęcimiu i powiecie realne wpływy — zarówno w radzie miasta, jak i w strukturach powiatowych. To efekt wieloletniego budowania obecności. Do wyborów samorządowych w 2029 roku są jeszcze trzy lata — czas, który można dobrze albo źle zagospodarować. Ale środowisko starzeje się. Nowych twarzy zdolnych do zbudowania lokalnego zaplecza pojawia się za mało. Jeśli w Krakowie — przy całym zapleczu metropolii — prezydent był bezradny wobec oddolnej kampanii zbierania podpisów, warto zapytać: co stałoby się z lokalnym włodarzem w Oświęcimiu, gdyby opozycja zastosowała ten sam scenariusz? Infrastruktura obrony byłaby szczuplejsza. Centrala — jak właśnie widzimy — pomaga głównie słowami. Referendum jako broń, opozycja jako lustro i pytanie, na które Oświęcim nie odpowiedział Nikt w Oświęcimiu nie zbiera dziś podpisów. Byłoby jednak błędem uznać tę ciszę za dowód zadowolenia. Cisza w polityce lokalnej rzadko oznacza harmonię — częściej oznacza, że nikt nie znalazł jeszcze wystarczającego pretekstu ani wystarczającej energii, żeby tę harmonię zakwestionować. Kraków dał przykład, jak szybko może się to zmienić. Mechanizm, który doprowadził do krakowskiego referendum, jest dostępny wszędzie. Jest tani, medialnie nośny i — jak pokazuje przykład Jana Hoffmana — nie wymaga wielkiej partyjnej machiny. Wymaga tylko pretekstu wystarczająco dotkliwego, żeby zwykli ludzie poświęcili kilkanaście minut na złożenie podpisu. Oświęcim ma 34 tysiące mieszkańców. Do uruchomienia procedury referendalnej wystarczyłoby zebrać podpisy niespełna 3 400 z nich. Czy Oświęcim ma konstruktywną opozycję? To pytanie warte postawienia wprost — i warte uczciwej odpowiedzi. W radzie miasta obecnej kadencji 2024–2029 zasiada 21 radnych. Obóz prezydenta Chwieruta dysponuje większością roboczą złożoną z radnych KWW Janusza Chwieruta oraz KO. Po drugiej stronie stołu zasiada sześciu radnych skupionych w klubie PiS–Nowy Oświęcim, który po wyborach 2024 roku zawiązał współpracę z radną Renatą Fijałkowską z komitetu Oświęcim Miasto Perspektyw oraz z radnymi KOS 2018. Łącznie opozycja dysponuje kilkoma mandatami — formalnie mniejszościowymi, lecz nie pozbawionych głosu. Klub PiS–Nowy Oświęcim zadeklarował przy inauguracji ambicję merytoryczną: rzetelną dyskusję o potrzebach i rozwiązaniach dla mieszkańców. Radny Jakub Przewoźnik — który w wyborach prezydenckich zdobył niemal 26 procent głosów — oraz radny Paweł Plinta są w radzie głosami rozpoznawalnymi. To właśnie Plinta publicznie kwestionował sens wydawania stu milionów złotych na halę treningową, gdy inne miasta robiły podobne inwestycje taniej. To Przewoźnik zadawał pytania o odpływ ludności i brak strategii zatrzymania mieszkańców. Czy to jest konstruktywna opozycja? Odpowiedź zależy od definicji. Opozycja konstruktywna to nie opozycja potakująca — to taka, która formułuje alternatywne propozycje i egzekwuje odpowiedzialność władzy bez redukowania każdej debaty do partyjnej konfrontacji. W oświęcimskiej radzie miasta opozycja robi to, czego władza często woli nie słyszeć: stawia pytania o liczby, kwestionuje priorytety i upomina się o mieszkańców, którym łatwiej wyjechać niż czekać na zmiany. Przewoźnik i Plinta udowodnili, że mandat radnego można wypełniać merytorycznie — i że głos mniejszości potrafi narzucić agendę debacie publicznej, nawet jeśli nie ma siły przegłosować większości. Problemem głębszym nie jest jednak jakość opozycji w radzie. Problemem jest to, że w Oświęcimiu brakuje opozycji pozainstytucjonalnej — ruchów miejskich, stowarzyszeń obywatelskich, lokalnych środowisk zdolnych do formułowania diagnozy i wywierania nacisku na władzę niezależnie od partyjnych podziałów. W Krakowie to właśnie taka energia — obywatelska, skupiona wokół konkretnych zarzutów — zebrała 134 tysiące podpisów. W Oświęcimiu tej przestrzeni prawie nie ma. Miasto jest zbyt małe, żeby zbudować grubą warstwę aktywnego społeczeństwa obywatelskiego, i zbyt duże, żeby każdy każdego znał i wzajemnie się kontrolował. Opozycja, która jedynie reaguje na błędy władzy, jest niezbędna. Opozycja, która potrafi zaproponować alternatywną wizję miasta — jest nieoceniona. W Oświęcimiu wciąż czekamy na tę drugą. Plakaty dotyczące referendum w Krakowie Wnioski — spojrzenie z dystansu Krakowskie referendum skłania do refleksji wykraczającej poza osobę Miszalskiego i poza granice Małopolski. Jest symptomem głębszego zjawiska, które w literaturze naukowej opisuje się jako deficyt legitymizacji proceduralnej w polskim samorządzie: wyborcy coraz częściej traktują mandat wyborczy nie jako pięcioletnią licencję na rządzenie, lecz jako kontrakt, który można wypowiedzieć, gdy władza przestaje spełniać oczekiwania. To zmiana jakościowa — i każdy samorządowiec, który jej nie dostrzega, zarządza miastem z opóźnieniem o jedną epokę. Dla Oświęcimia oznacza to trzy konkretne wnioski. Po pierwsze: bezrobocie rosnące do 6,1 procent, wynagrodzenia na poziomie 87 procent średniej krajowej i odpływ kilkuset mieszkańców rocznie nie są problemami, które rozwiąże nowe lodowisko ani nowy park. Są to problemy strukturalne, wymagające strategii wychodzącej poza horyzont jednej kadencji. Samorząd miejski nie zastąpi polityki regionalnej — ale może być jej najgłośniejszym rzecznikiem. Po drugie: malejące poparcie wyborcze Chwieruta — z 68,99 procent w 2018 do 54,62 procent w 2024 roku — to nie wyrok, ale sygnał. Piętnastopunktowy spadek przy braku poważnego kontrkandydata sugeruje, że część wyborców nie przeszła do opozycji — ona po prostu przestała chodzić na wybory. Bierna rezerwa wyborcza jest właśnie tym rezerwuarem, z którego referendum czerpie podpisy. Po trzecie: trzy lata do wyborów 2029 roku to czas wystarczający, by albo zbudować nową narrację o Oświęcimiu — mieście, które świadomie zarządza swoim kurczeniem się i aktywnie zatrzymuje tych, którzy chcą zostać — albo doczekać się momentu, w którym ktoś postanowi zapytać mieszkańców, czy są zadowoleni. Nie w wyborach. W referendum. BW Strona główna